
jest mi wstyd, jak reagowałam na słowo "Bałtyk" swego czasu. łatwo jednak mogę się wybronić, bo moje spojrzenie na Polskie morze było strasznie poturbowane przez to wszystko,czego doświadczałam na koloniach w Sopocie,czy Pobierowie oraz obrazy serwowane w TV w gorące wakacyjne miesiące. tłumy,watahy ludu różnej płci i maści, spalone przez Słońce albo jeszcze nim nietknięte, oblegające plaże.wywindowane ceny parszywych przekąsek, suwenirów, gadżetów i kremów z filtrami. leniwie spoczywające ciała na pstrokatych ręcznikach, kobiety po 40tce owinięte chustami,przechadzające się wzdłuż plaży, muskularne samce, "miastowi", spuszczający się na widok boiska do siatkówki plażowej.wreszcie dziesiątki piskliwych dzieciaków, nie słuchających się pani opiekunki, błagalnym tonem perswadujących wycieczkę na molo/deptak, lub plażę. na koniec jeszcze panowie i panie z grubszymi portfelami, będący w stanie wydać kilkaset złotych jednego wieczoru na drinki i piwo na imprezie karaoke.
moja matka zawsze wpajała mi,że góry są bardziej godne uwagi,niż morze. ile można leżeć plackiem,opalać się,opierdalać i jeść frytki za 6 złotych? ok, pozwiedzać to i owo fajnie. ale to na 5 dni impreza jest. góry majestatyczne, zmęczysz się nieprzeciętnie, poznasz swoje granice, poczujesz swoją "maluczkość". szczerze powiedziawszy, wszelkie twory i formy powierzchniowe "zrodzone" z matki Ziemi są godne uwagi i szacunku.góry, zwłaszcza te nasze największe, wiele mnie nauczyły i na zawsze będę czuła przed nimi respekt, a widok Czerwonych Wierchów będzie wzbudzał zachwyt.
w tym roku miałam okazję zmienić stosunek do Bałtyku. poznawszy pewną osobę i dowiedziawszy się, że pochodzi z tych a tych stron, postanowiłam odkryć morze na nowo. spojrzeć na nie nie przez pryzmat wcześniejszych doświadczeń. muszę nadmienić,że coś drgnęło we mnie już wcześniej, a to za sprawą The Radio dept., Slowdive,czy My bloody valentine. szumopodobne dźwięki i przestery uruchomiły chyba pewną wrażliwą strefę w mojej głowie. zamarzył mi się odpoczynek totalny w porze późno wiosennej lub wcześno jesiennej, najlepiej na prawie pustej plaży. ale ok, nie miałam okazji do czerwca tego roku zrealizować tego planu, z resztą nie było aż takiego parcia. i tutaj mam nieodparte wrażenie,że los,czy tam nazwij to jak chcesz, spowodował,że natrafiłam na kogoś z najpiękniejszego chyba miejsca nad Polskim wybrzeżem- Świnoujścia. idealne połącznie industrialnych obiektów portowych, tych zapomnianych,jak i nadal eksploatowanych, oraz szerokiej,piaszczystej plaży. namcalna obecność statków, okrętów,różnorakich łódek i smaru. widok wypływających w morze promów wielkości bloku i malutkich żaglówek. mnóstwo ptaków, w tym mew, które szczególnie sobie ukochałam. latarnia, wiatrak i imponujący falochron. zdając sobie sprawę,że wszystkie te atrybuty posiadają dziesiątki innych miejscowości nad Bałtykiem, jestem gotowa bronić Świnoujścia jako miejsca szczególnego. co jest przyczyną tej niezwykłości, wyczuwalnej przeze mnie? do końca nie wiem. szeroki brzeg, bez kamieni, dość spore miasto z rozmaitą architekturą oraz mnóstwem powojennych "pamiątek"w postaci fortów i baterii. cypel, który wbijając się w morze, wprowadza cię jeszcze głębiej, jeszcze dalej, w nieznane. zawsze ekscytowały mnie, a jednocześnie napawały obawą, miejsca z których wyjeżdża się w dalszą podróż. takim miejscem jest i Świnojuście. promy do Norwegii, Szwecji, Danii. Swoista koneksja z tym,co za wielką masą wody, z tym o czym śpiewa pani z Beach house, z tym, co może i lepsze, a na pewno inne. możesz wypłynąć w morze i z niego nie wrócić,to swoją drogą.a na zachód malownicze miejscowości ciągnące się kilometrami za niemiecką granicą. łechce to trochę moje poczucie kosmopolityzmu, jednocześnie podkreśla właśnie istotne i wspaniałe na swój sposób, różnice kulturowe pomiędzy państwami nadbałtyckimi. teraz Bałtyk jest dla mnie jednocześnie Østersøen,Oostzee, Ostsee, Østersjøen jak i Östersjön. o żadnym innym miejscu nie myślę teraz tak intensywnie, jak o nim. w porze wiosenno-letniej, czy też letnio-jesiennej zwłaszcza. o bezcelowych, ale tak na prawdę,to zawsze mających cel, przechadzkach po plaży. wycieczkach holenderką po zadbanych,brukowanych ścieżkach niemieckich miasteczek, obserwacji mew szukających resztek. patrzeniu się w fale. leżeniu,niekoniecznie plackiem, na plaży z Chelsea Wolfe w uszach i pewnym osobnikiem u boku. gapieniu się na statki, robieniu im zdjęć, masy zdjęć. graniu we frisbee, podżeraniu Pringelsów i Fisherman friends'ów anyżowych. o masie innych rzeczy których nie zrozumiecie chyba, w taki sposób, w jaki ja je pojmuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz